Majówka w Bieszczadach

"Anioły są całe zielone
Zwłaszcza te w Bieszczadach"

- Stare Dobre Małżeństwo

Dawno, dawno temu w pięknej, zielonej krainie górskiej panował Zły – Bies. Pozornie podobny do człowieka, ale z rogami i skrzydłami nietoperza, które miały magiczną moc. Bies nie chciał się z nikim dzielić ziemią i przepędzał wszystkich ludzi. Jednak pewnego dnia do jego dzikiej krainy przybyło plemię, któremu przewodził mądry San. Plemię postanowiło osiedlić się na ziemi Biesa. Rogaty długo próbował uprzykrzać życie przybyszom, jednak oni nie poddawali się. Bies stworzył pomocników, których nazywał Czadami. Małe psotne stworzenia dokuczały ludziom na wymyślne sposoby.

Pewnego dnia, kiedy San razem z innymi drwalami ścinał drzewa w lesie, nagle jedno z nich przygniotło najstarszego Czada. San uwolnił Czada, który wyznał, że nie chcą już dłużej czynić zła, ale Bies ich zmusza. Czady zaczęły pomagać ludziom, jednak Bies ostrzegł je, że jeśli nie będą go słuchać to je unicestwi. Kiedy San to usłyszał  postanowił pomóc Czadom. Dowiedział się od nich, że cała moc Biesa tkwi w jego skrzydłach, które zdejmuje podczas porannej kąpieli w rzece. San wyzwał więc Biesa na pojedynek rano w rzece. W morderczej walce trwali od świtu do wieczora. Wtedy Bies postanowił chwycić swoje skrzydła. Najstarszy Czad chcąc pomóc Sanowi wrzucił skrzydła do rzeki. Niestety rzeka wzburzyła się i porwała obu walczących, którzy zginęli w wartkim nurcie. Chcąc oddać hołd swojemu bohaterowi, osadnicy nazwali rzekę Sanem, a góry przez które płynie rzeka nazwano Bies-Czadami od Złego i jego psotnych pomocników. A dzisiaj Czady chowając się w drzewach rzucają czar na wędrowców, aby nigdy nie zapomnieli piękna gór.

Legenda wg Mariana Hessa.

        Postanowiliśmy zatem wydać się na pokuszenie Czadom i sprawdzić czy ich czar podziała także i na nas...

 

Solina

W majówkowy weekend wybraliśmy się w Bieszczady. Wyjazd planowany na 3 rano opóźnił się jedynie pół godziny, co i tak jest niezłym wynikiem jak na 9 - osobową grupę. Oprócz nas (Pamar) na wycieczkę wybrało się trzech braci Martyny ze swoimi wybrankami oraz brat cioteczny. Wszyscy zapakowaliśmy się Dzika i ruszyliśmy. Ale... przecież był jeszcze jeden pasażer, tylko on jechał tak jakby na gapę w brzuszku swojej mamusi. To już druga wyprawa dzikowej ekipy. Pierwsza, innym autem, była do Budapesztu.
W okolicach południa dojechaliśmy  do malowniczej miejscowości Bóbrka, położonej w dolinie Sanu, nad Jeziorem Myczkowieckim. Tam mieliśmy  nocleg w drewnianym domku, Sękówce. 

Bóbrka

Solina

Tymczasem mamy południe i 3 godziny do zaplanowanej na ten dzień atrakcji. 
Szybka narada i ruszamy piechotą nad Solinę.

Miało być blisko, kiedy jednak zobaczyliśmy gdzie jest tama, straciliśmy nadzieję, że wyrobimy się do 15.00. Paweł z Łukaszem pobiegli z powrotem po samochód, a my czekając na nich, podziwialiśmy ogromny mural na zaporze solińskiej, którego autorem jest Przemysław Truściński. Mural powstał latem 2015 roku, przedstawia zwierzęta i zajmuje ok. 3600 m². Technika wykonania jest dość niezwykła, ponieważ nie użyto farb, a jedynie myjki wysokociśnieniowe. Obecny efekt uzyskano zmywając po prostu brud.

Wreszcie zapakowaliśmy się do Dzika i już wkrótce mogliśmy spacerować po długiej na 664 metrów  tamie.
Nie da się ukryć, wzgórza rzeczywiście są zielone nad Soliną.

Budowę zapory rozpoczęto w 1960 r. Wybrane miejsce znajdowało się poniżej ujścia Solinki do Sanu. Podczas napełniania zbiornika zatopiono wsie: Solinę, Teleśnicę, Horodek, Chrewt, Sokole oraz część Wołkowyi, 8 lat później oddano zaporę do użytku. Mówi się, że tama może przetrwać nawet 100 lat, tak mocny ma beton. Gdyby zbudować z niego mur o wysokości i szerokości jednego metra wówczas sięgnąłby z Bieszczad do Bałtyku.

Dla chętnych istnieje możliwość zwiedzania wnętrza elektrowni, popłynięcia statkiem turystycznym czy też wypożyczenia sprzętu wodnego typu kajaki bądź rowerki.
Solina w sezonie ponoć jest niezmiernie zatłoczona. W trakcie majówki było sporo ludzi, ale nie odczuwaliśmy dyskomfortu. Było klimatycznie, miło i przyjemnie, nawet stragany zamiast przytłaczać komercją i kiczem, jak to zwykle bywa, dodawały spacerowi uroku, tym bardziej, że zlokalizowane są pod urwiskiem, zabezpieczonym siatką. My ochoczo rzuciliśmy się na pyszne oscypki z żurawiną.

Solina

Solina

Solina

Solina

Solina

Drezyny rowerowe

Wcale nie tak dawno przez Bieszczady biegł pociąg z ukraińskiego Chyrowa do Jasła. Pociąg „Przemytnik” był istnym polem walki na spryt i przebiegłość pomiędzy służbami celnymi a przemytnikami. W ogromnych ilościach próbowano przewozić przez granicę alkohol i papierosy, Najpierw przemytnicy rozkręcali pociąg, w najmniejsze szczeliny upychając pożądany towar, skręcali go, a później służby celne rozkręcały go ponownie. Pociąg wyglądał jakby przeszedł po nim tajfun, a rzadko kiedy w podróż nim udawał się „zwykły” pasażer. Wnioski same się nasuwały. Pociąg „Przemytnik” przynosił więcej strat niż korzyści. Linię zlikwidowano. Obecnie tory nie są już używane, dworce niszczeją, perony zarastają roślinnością. Ślady tego co minęło, opuszczone, zaniedbane , ale jakże malownicze!
A skąd to wiemy. Ano stąd, że przejechaliśmy się po tych torach najnowszą atrakcją Bieszczad: drezynami rowerowymi.

Wsiadamy do lekkiej, 4- osobowej konstrukcji i ruszamy w 25 kilometrową przejażdżkę. Początkowo jedziemy chwilę pod delikatną górkę, a później już cały czas z górki. Z powrotem było już ciężej, ale o tym jeszcze nie wiedzieliśmy. Mnóstwo radości dała nam ta przejażdżka. Jechało się bardzo przyjemnie w promieniach wiosennego słońca.

Drezyny rowerowe

Drezyny rowerowe

drezyny rowerowe

drezyny rowerowe

drezyny rowerowe

drezyny rowerowe

drezyny rowerowe

drezyny rowerowe

Tego dnia postanowiliśmy zrobić sobie grilla. Niby nic wielkiego, zapewne nie ma osoby, która by nie grillowała w majówkę, ale w moim przypadku miało to katastrofalne skutki. Kiedy już kończyliśmy ten wieczór i poszłam po raz ostatni do chaty grillowej po naczynia, spadłam z niewielkiego schodka na krzywo ułożone kamienie i…. skręciłam nogę… tak właśnie, pierwszego dnia majówki, kiedy na kolejne dni mieliśmy zaplanowane zdobywanie Tarnicy i wycieczkę do Lwowa. Ależ byłam wściekła w swej bezsilności. Mój brat, Łukasz, kazał mi natychmiast wziąć nogę wysoko i przyłożył zamrożonym mięsem, którego nie zdążyliśmy zużyć na grilla. Dzięki czemu noga nie była spuchnięta, a i następnego dnia mogłam się jakoś poruszać. Ech…

1 maja Niedziela - Wejście na Tarnicę

No cóż… dla wszystkich było oczywiste, że z moją skręconą nogą nie dam rady wejść na najwyższy szczyt Bieszczad Zachodnich. Dla wszystkich, oprócz mnie, rzecz jasna…

Szczęśliwie Kamil zabrał ze sobą plastry kinesio, Paweł w Internecie poszukał jak należy owijać skręconą kostkę i wspólnymi siłami moja stopa została ustabilizowana.

Solina

Nie pozwoliłam zamknąć się w domu na ten dzień. Chciałam jechać ze wszystkimi i chociaż posiedzieć na trawie u stóp Tarnicy. Nie zostałabym sama. Kasia była w 6 miesiącu ciąży. I chociaż Kamil namawiał ją, aby spróbowała wejść, to wiadomo, że kobieta wie lepiej, co jej wolno. Jednak namowy mojego brata z pewnością obudziły w niej duszę zdobywcy: „Później jak Adaś nie będzie chciał sprzątać to mu powiesz: Twoja matka w szóstym miesiącu ciąży na Tarnicę wchodziła, a tobie nie chce się sprzątać?!”  :)

Kiedy weszliśmy na pierwsze polanki nasz dzikowa grupa nie chciała nas zostawić. Chłopaki nawet wpadli na pomysł, aby wziąć gruby kij i wnieść mnie na górę, będą się zmieniać, mówili. O naiwności! Jeszcze nie wiedzieli, jak wygląda szlak na Tarnicę. Ja też nie wiedziałam, ale wiedziałam jedno, że w ten sposób to nikt nie wejdzie na szczyt. Szlak mógł zajmować nawet 3 godziny, my oczywiście nie mieliśmy jedzenia, za mało jesteśmy wprawienie w zdobywanie gór, więc już wkrótce dałoby o sobie znać zmęczenie, głód, a co za tym idzie frustracja. Kazałam im iść, wejść na szczyt i zrobić zdjęcia, żebym mogła zobaczyć jak tam jest. Oglądając się za nami, grupa ruszyła przodem. A my z Kasią postanowiłyśmy wolniutko dreptać sobie, tak daleko jak damy radę, potem chciałyśmy wrócić, zjeść coś i poczekać na resztę. Zapomniałyśmy tylko  o telefonach.

      Tarnica

Tarnica

Bieszczady uważane są za najsłabiej zaludnione góry w Polsce. To właśnie tu człowiek ma możliwość obcować z przyrodą w jej niemalże nienaruszonym stanie, być blisko, w ciszy i pełnej harmonii z otoczeniem. Tak mówią… aczkolwiek Tarnica, najwyższy szczyt Bieszczad Zachodnich – 1346 m.n.p.m. jest chętnie wybierana na cel spacerów, a w ten majówkowy weekend niemalże tłumy przeciskały się na wąskich ścieżkach. Nazwa szczytu  pochodzi z języka rumuńskiego: „tarniţa” to przełęcz, siodło. Wydłużony grzbiet charakteryzuje się dwoma wierzchołkami, z czego na wyższym znajduje się krzyż. Gdzieniegdzie można dostrzec pozostałości po wojennych okopach.

Szlak początkowo prowadził rozległą polaną, później dość szeroką drogą aż do kolejnej polanki. Tutaj przysiadłyśmy na chwilę odpocząć. Dalej prowadziły schody. Jak na razie obie czułyśmy się dobrze. Ja marzyłam o zobaczeniu tych pięknych połonin, które znajdują się pod szczytem... Bardzo powolutku wdrapywałyśmy się coraz wyżej. Patrzyłam uważnie pod nogi, żeby tylko nie skręcić sobie jeszcze drugiej nogi. Kasia co chwilę przystawała i czekała na mnie. Mniej więcej po godzinie spaceru się zaczęło. Wszyscy obrzucali nas ciekawskimi i zaskoczonymi spojrzeniami. W pewnym momencie Kasia zatrzymała się  i z roześmianą buzią mówi: Już sama nie wiem na kogo się bardziej patrzą, na mnie z brzuchem czy na ciebie z tą nogą. No tak, ciężarna i kulawa na szlaku to niecodzienny widok. Ale przecież Jaś Mela wszedł na Kilimandżaro, tak?

Im wyżej byłyśmy tym częściej nas zaczepiali, ale też wspierali, żartowali. Właściwie to chyba my wspierałyśmy ludzi bardziej, bo kiedy mijali nasz duet, jakoś tak orientowali się, że nie mają prawa do narzekania. To co nas dziwiło, to zasapanie wędrowców. Ciągle ktoś dyszał, narzekał i przysiadywał. My szłyśmy tak ślimaczym tempem, że zmęczenie było nam dalekie. Musiałyśmy tylko bardzo na siebie uważać.

Trudno nam było określić czy daleko jeszcze do szczytu. Jedyna tablica jaką spotkałyśmy mówiła, że jeszcze godzina, ale naszym tempem, to mogły być i dwie. Dopóki szlak pozwalał, dreptałyśmy dalej.

Tarnica

Wkrótce zobaczyłyśmy pierwsze polany. Ach…. Jak pięknie… Postałyśmy chwilę i poszłyśmy do końca bardzo wygodnych schodów. Dalej prowadziły bardzo nierówne, strome schody, ułożone ze skał. Spojrzałyśmy na siebie bardzo niepewnie. Co było na szczycie schodów nie widziałyśmy, ludzie znikali jakby spadali w przepaść. Schodów nie było wiele, ale wyglądały strasznie. No dobrze, to już tylko zobaczymy co jest za tymi schodami i koniec, wracamy.

I wtedy to się stało, źle postawiłam stopę, zachwiała się na złączeniu skał i okrutnie zabolała. Byłam wściekła na siebie. Przecież następnego dnia jest wycieczka do Lwowa, to tam muszę mieć siłę, aby cały dzień zwiedzać miasto. No to się doigrałam, teraz już na pewno nie damy rady. A jeszcze daleka droga powrotna. Co mnie podkusiło, żeby wchodzić na tę górę zamiast siedzieć grzecznie na dole. Na pewno te chochliki Czady macały w tym swoje psotne paluchy.

W końcu schody się zakończyły a my z Kasią zobaczyłyśmy ogromne obszary połonin oraz Tarnicę. Już tak jesteśmy blisko. Ale dalej ponoć prowadzą już tylko takie schody, więc rezygnujemy. Usiadłyśmy na ławeczce, po kilku minutach, zobaczyliśmy naszych schodzących ze szczytu. Jakie wielkie było ich zdziwienie, gdy nas zobaczyli. Nie podejrzewali, że dotrzemy aż tak daleko. Dowiedziałyśmy się również, że Monika mając już dość marudzenia Pawła o tym, jaki jest głodny, powiedziała mu, że ona już była na Tarnicy i że tam jest kebab. Do dziś nie może wybaczyć jej tego, że go oszukała, ale dzięki temu zdobył Tarnicę. Widoki piękne, satysfakcja gwarantowana, ale głód głodem. Pawła marudzenie się skończyło dopiero w momencie, gdy jakaś dobra, nieznajoma dusza oddała Pawłowi kilka kromek chleba, oraz pasztecik i szynkę w puszce. To musiał być jakiś koleżka Czadów…

Tarnica

Tarnica

Tarnica

Tarnica

Zjedliśmy to wszyscy razem i ruszyliśmy w dół. Powiedziałam Kasi, żeby poszła ze wszystkimi to szybciej będzie na dole i zje coś. Ale po kilkunastu minutach, ponownie spotkałam ją, czekającą na mnie. Stwierdziła, że moje tempo bardziej jej odpowiada. A tempo było jeszcze gorsze niż pod górę. Jakby tego było mało, spadł grad, na ścieżkach pojawiło się błoto, wszyscy zaczęli śpiesznie schodzić z gór, i poślizgi gwarantowane. Chociaż mijało nas mnóstwo ludzi po upadkach, to jednak nam się udało tego uniknąć.

Powrót był udręką. Dużo ludzi, którym przeszkadzałam, ślisko, stromo, a tempo ślamazarne. Kiedy wreszcie zobaczyłyśmy polanę, na której miałyśmy pierwszy postój. Nie mogłyśmy w to uwierzyć. Nareszcie. Bardzo byłyśmy z siebie zadowolone, że pomimo naszego niecodziennego stanu, udało nam się wejść tak wysoko i bezpiecznie zejść. Ja trochę się obawiałam tego, że złowrogie przepowiedni ludzi na szlaku się sprawdzą, czyli, że następnego dnia nie ruszę nogą, ale na razie wszystko wydawało się w porządku.

Siekierezada

Kolację zjedliśmy w diabelnie ponurym miejscu - Siekierezadzie. Po wejściu do knajpy, usłyszeliśmy tubalny, mroczny, kobiecy głos: Siekieera dwaaaaa. Przez chwilę myśleliśmy, że zaraz dostaniemy tymi dwiema siekierami. Ale pani tylko wołała o odbiór zamówienia nr 2. Wystrój knajpy przywodzi na myśl dawne gospody o kiepskiej reputacji i doskonale wpisuje się w klimat legend bieszczadzkich. Z resztą czasami można załapać się na opowieści gawędziarzy. A w garażu można zwiedzić kolekcję aut właścicieli.

 

Siekierezada

Siekierezada

 

2 maja spędziliśmy cały dzień we Lwowie, a 3 maja po krótkim spacerze po Solińskiej Zaporze ruszyliśmy do domu. Kiedy następna wyprawa dzikowej ekipy? Jeszcze nie wiemy, ale już pewnie z Adasiem :)

 

 
Podziel się z innymi na

19 Comments on “

  1. Ile emocji…ile bólu w nodze i to na bieszczadzkim szlaku. Ciekawa wyprawa i już myślę o Lwowie!
    Pozdrawiam Wszystkich :-)

  2. Wstyd się przyznać, ale ostatni raz w Bieszczadach byłam jako dziecko. Teraz wybieram w Polsce bliższe kierunki od centrum z uwagi na 2-latka, ale myślę, że za jakiś czas odwiedzimy tamte rejony.

  3. Chyba byłyśmy dokładnie w tym samym czasie w Bieszczadach ;).
    Z knajp mi się bardziej podobała jednak „Bieszczadzka Legenda” w Ustrzykach.
    A szlak na Tarnicę dużo fajniejszy i ciekawszy jest przez Szeroki Wierch z Ustrzyk, a nie z Wołosatego

  4. Bieszczadzkie anioły, całe zielone :) nie byłam już kilka lat na połoninach i trzeba znów się wybrać, zwłaszcza że chcę sprawdzić nowy sposób na te okolice-już nie na piechotę, ale konno :)

  5. Jak tylko trafiłam na bloga, to od razu wiedziałam, ze muszę kliknąć „Polska – Bieszczady” jako, że żyję jeszcze listopadowymi Tatrami :). Przede wszystkim świetnie się czyta! Podziwiam za ruszenie w trasę ze skręconą nogą, ja chyba bym odpuściła i umierała z nudów w hotelowym pokoju, a tak przynajmniej macie coś zobaczone :). Kurcze – te drezyny to super sprawa… ale mam ochotę na przejażdżkę ! Zdecydowanie muszę się tam kiedyś udać.

    Pozdrawiam :)

    1. Dziękujemy za super komentarz. Wiesz… ja wcale nie miałam w planach ruszyć w trasę. Pojechałam z nimi, żeby sobie posiedzieć na łące, ale tak mi się dobrze szło, że niechcący zaszłam dość daleko. Taki urok Bieszczad :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *