Pierwszy dzień w Tromsø.

Rakiety śnieżne i zasłużony relaks

17.01.2017

Tromso

Kilka miesięcy wcześniej zarezerwowaliśmy 4-dniowy pakiet z firmą Tromsø Adventure. W ofercie mieli wszystko to, na czym nam najbardziej zależało, czyli zorzę, wieloryby i zaprzęgi husky, w cenie był też nocleg i wyżywienie. Dodatkowo dobraliśmy sobie spacer na rakietach śnieżnych. Czyli jeśli pogoda dopisze to już w pierwszej części wyjazdu, doświadczylibyśmy wszystkiego co dla nas było najważniejsze.

Z lotniska na piechotę ruszyliśmy w stronę centrum. Zgubiliśmy się po drodze, więc z ciężkimi plecakami szliśmy ponad 2 godziny, na szczęście dotarliśmy o czasie przed biuro turystyczne skąd mieliśmy umówione rakiety śnieżne. Podjechał Pan ok. 50–tki, bardzo wesoły, energiczny, a poruszał się szybciej i raźniej niż niejeden 20-latek. Obyśmy byli w podobnej formie w jego wieku. Zabrał nas na rakiety śnieżne w jakiś dziki rejon, niestety nie wiem dokładnie gdzie to było, ale po drodze mijaliśmy wyspę Kvaløya. Nasz przewodnik zatrzymał się przy jednym z fiordów, ponieważ dostrzegł orki. Paweł wysiadał z busa pierwszy, tak szybko jak chciał wysiąść, równie szybko znikną mi z pola widzenia. Ze swojego miejsca w busie widziałam jedynie wyciągnięta rękę z aparatem, bo co jak co, wszystko może boleć, ale aparat musi ocaleć! No tak… my nie wiemy jak ci ludzie chodzą, że się nie przewracają.U nas pozycje z łyżwiarstwa figurowego podczas spaceru były na porządku dziennym.

Wreszcie stanęliśmy mniej lub bardziej pewnie na brzegu i wypatrywaliśmy orek.Te mignięcia płetwy z daleka spowodowały, że tym bardziej nie moglibyśmy się doczekać wielorybiego safari, które zaplanowane mieliśmy za 2 dni!

Dowiedzieliśmy się również, że za kołem podbiegunowym kaczki nauczyły się polować stadem. Wspólnie naganiają rybę na płyciznę, gdzie ją łapią. 

Rakiety śnieżne

Rakiety śnieżne

Tymczasem próbujemy naszych sił na rakietach śnieżnych. Początkowo drepczemy dość pokracznie, nasz sposób poruszania się jest dość teatralny i asekuracyjny, aż wreszcie przewodnik mówi nam, żebyśmy się tak nie starali. Mamy iść normalnie. No dobrze spróbujmy iść normalnie…. O działa… Wkrótce znajdujemy się na zamarzniętym jeziorze, a tuż po nakręceniu SMS-a rozpoczyna się śnieżna zawierucha. Musimy skrócić nasz spacer, przewodnik martwi się o warunki na drodze. Przy dużych zawiejach śnieżnych widoczność może być zerowa. Wracając zobaczyliśmy białego gołąbka, który biegał po śniegu, przy takiej pogodzie ptaki nie latają, a jedynie poruszają się po śniegu, dlatego na zimę wiele zwierząt w północnej Norwegii zmienia kolory, np. króliki czy właśnie gołębie. W ten sposób stają się niemalże niewidoczne. Dowiedzieliśmy się również, że w tym rejonie kaczki polują na ryby w stadzie, jak hieny czy lwy. Najpierw wspólnie otaczają rybkę, zmuszając ją do płynięcia w wybraną przez siebie stroną, a następnie chwytają. Takie oto mechanizmy polowania wypracowały sobie kaczki w tych trudnych warunkach.

Nasz spacer był o 20 min krótszy niż normalnie, jednak wypełniony niezłą dawką adrenaliny. Zmarznięci, przemoknięci otrzymaliśmy pyszną gorącą czekoladę i bułkę z rodzynkami w kawiarence przy supermarkecie. Przewodnik zachęcił nas do spaceru po sklepie, ponieważ mają bogaty asortyment świeżych ryb. Sklep szalenie przypadł nam do gustu, zaczęliśmy od degustacji różnych rodzajów wędzonych ryb, następnie podeszliśmy do stanowiska z degustacją wędlin, stąd było blisko do dwóch pater z owocami, a zakończyliśmy na ciasteczkach. Rewelacja! Wszystko było przepyszne!

Zarówno poczęstunek jak i degustacje napawały nas nadzieją, że dotrzymamy do kolacji, którą już mieliśmy zapewnioną. Nie mogliśmy się wprost doczekać na ciepły posiłek :)

Przewodnik odwiózł nas pod hotel, w którym mieliśmy spędzić jedną noc. W naszym pakiecie zapewniony był nocleg w hotelu Clarion Collection Hotel Aurora. Mniej więcej wiedzieliśmy jak hotel wygląda, ale nie spodziewaliśmy się, ze jest tak piękny! Już przy zameldowaniu dowiedzieliśmy się, że w restauracji aktualnie serwowane są gofry, a na dachu czynne jest jacuzzi. Cóż plan na ten wieczór mieliśmy już gotowy. Najpierw objemy się goframi, potem pójdziemy na dach, a potem na kolację. Genialny plan! Żadne z nas nie wpadło na pomysł spacerowania po mieście. Jeszcze zdążymy, a taki hotel trafia się raz na... właściwie to jeszcze taki się nam nie trafił :) Jak postanowili, tak zrobili. Do gofrów oprócz dżemu podany został brązowy ser. Nie bardzo nam pasowało takie zestawienie, ale jakiś sens przecież musi w tym być, skoro wszyscy sobie ten ser nakładają. Nałożyliśmy i my, do tego dżem i było przepysznie. Zjadłam ogromne ilości gofrów właśnie z brązowym serem!

Jacuzzi na dachu to było niesamowite doświadczenie. Po szybkim, lodowatym truchcie przyjemnie było się zanurzyć w gorącej wodzie. Po nocy na lotnisku, 2 godzinnym spacerze z ciężkimi plecakami oraz wyprawą na rakietach śnieżnych, relaks z widokiem na zatokę smakował wybornie. W jacuzzi spędziliśmy około godziny, towarzyszył nam Norweg, z którym przegadaliśmy połowę tego czasu.

Wspaniała kolacja i sen, nareszcie można rozprostować nogi do snu :)

clarion collection hotel aurora

clarion collection hotel aurora

Link:

Bez tytułu

 

Zobacz naszą relację z wyjazdu!

 

Norwegia ciekawostki:

Dworzec Centralny

Zaprzęgi husky

Camp Tamok, zaprzęgi husky

Pierwsza zorza i huragan:

Sommarøy, zorza polarna

Powrót do Tromso:

Arctic Cathedral Tromso

Tańcząca zorza.

zorza polarna, northern lights, aurora borealis

Safari wielorybie:

whale safari, orka

 

Ostatni dzień. Podsumowanie:

clarion collection hotel aurora

Podziel się z innymi na

15 Comments on “

  1. Czytając o waszym wypadzie myślałam sobie, że mnie takie pomysły nie przychodzą do głowy. Może to kwestia wieku, obowiązków, przywiązania do dzieci, które nieco jednak niszczą przyjemność podróżowania w skrajne klimatycznie i wydolnościowo miejsca. Ale. Gdyby mnie ktoś zapytał, czy chciałabym dołączyć, a po drodze nie piętrzyły się przeszkody, z radością bym skorzystała. Już skorzystałam chociażby z tego, że otworzyłam sobie głowę na nieznane dotąd możliwości dzięki twojemu postowi.

    1. chyba nie ma aż tak dużej różnicy wieku między nami :) a co do pociech, to spotykamy je na swojej podróżniczej drodze, z ogromnym zainteresowaniem obserwowaliśmy 5-letnią dziewczynkę na tygodniowym safari w Kenii czy 7-latkę, które płynęła z nami na wieloryby. Ja sama chyba nie odważyłabym się spać z dzieckiem na lotnisku, ale obserwowałam blogi, gdzie rodzice na prawdę robią takie rzeczy i maluchy z reguły śpią lepiej od dorosłych w każdej pozycji :) Także trzymam kciuki, kto wie, co pewnego dnia przyniesie życie :)

  2. W życiu nie miałem przyjemności spacerowania w rakietach śnieżnych, ale przypuszczam że w moim wykonaniu wyglądałoby to przekomicznie. Muszę kiedyś spróbować. 😉

    Pozdrawiam,
    Damian

  3. Wow! Ale świetna podróż! Ja marzę po wyprawie do Norwegii, ale trochę takiej… mniej „ekstremalnej”. 😀 Chociaż może jednak warto spróbować swoich sił na tych rakietach śnieżnych… 😀

  4. Opis dnia wyborny!
    Hotel przedni z widokiem… co więcej potrzeba?!
    Wspaniałe przeżycia.
    Smak brązowego sera pamiętam – pyszny!

    1. W takim hotelu to my jeszcze nie byliśmy, więc cieszyliśmy się każdą minutką :) A za smakiem sera tęsknię…. koleżanka wkrótce będzie jechała, więc już ją prosiłam o kawałeczek :)

  5. Ostatnio na różnych blogach dość mocno rzucają mi się w oczy wpisy o Tromso. To chyba taki nowy, podróżniczy hit wśród blogerów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *