Powrót do Tromsø

renifery, Saamowie i wieczorny spacer

20.01

Tego dnia kończyła się nasza przygoda z Tromso Adventure. Po śniadaniu mieliśmy wracać do miasta.

Jadąc do Tromrenifery, Saamowieso drogę przecięło nam niewielkie stadko reniferów, ależ poruszenie nastąpiło w samochodzie, wszyscy wyciągnęli aparaty. Nie wykupiliśmy sobie spotkania z reniferami, a tutaj proszę przyszły się nam pokazać. Ależ się ucieszyliśmy z tego przypadkowego spotkania. Zapytałam kierowcę, czy to dzikie renifery, bo słyszałam, że w Norwegii nie ma dzikich, a te tutaj spacerują sobie zupełnie swobodnie. Okazało się, że renifercie rzeczywiście są dzikie, w sensie, że chodzą sobie gdzie chcą, ale formalnie należą do ludów Saami i nie wolno na nie polować. Ludność tą bardziej znamy pod określeniem Lapończyków, ale dla nich jest to ponoć określenie obraźliwe. Szwedzkie słowo lapp oznacza łatę, stąd negatywne skojarzenia, jakoby Lapończycy nosili połatane ubrania lub byli narodem przyszytym, gorszym od innych mieszkańców. Dlatego też zaczęto nazywać ich ludem Saami. Mnie osobiście obie nazwy się podobają, chociaż Lapończycy kojarzą się bardziej baśniowo. Saamowie to rdzenni mieszkańcy Skandynawii, mają swój własny język, kulturę oraz dumę ze swej tożsamości. Dziś możemy zapoznać się z kulturą tych najstarszych mieszkańców Skandynawii, wykupując wycieczki. My tym razem zrezygnowaliśmy, ale może pewnego dnia jeszcze nam się uda.

Tymczasem wracamy do Tromso. Skończyły nam się wygodne noclegi i ciepłe, pyszne posiłki. Teraz mieliśmy zamieszkać w najtańszym znalezionym przez nas hostelu i ponownie żywić się konserwami.

ABC Hostel

Chcieliśmy zostawić nasze bagaże w Hostelu ABC, na szczęście okazało się, że pokój już był wolny. Po dobrze spędzonej nocy na lotnisku zastanawialiśmy się czy również ostatniej nocy nie spędzić tam. Dzięki czemu moglibyśmy jeszcze trochę zaoszczędzić. Pani na recepcji odpowiedziała, że owszem możemy skrócić nasz pobyt, ale cena do zapłaty pozostanie ta sama… to wie pani co, my jednak zostaniemy te 3 noce w hostelu… Pokój okazał się potwornie mały i chociaż mogłyby w nim spać 3 osoby, to z pewnością nie dałyby rady stać obok siebie na tak małej przestrzeni. Znajdowała się tutaj umywalka, lodówka, stolik i 3-osobowe łóżko. Nie byłam w stanie spędzić w tym pokoju zbyt wiele czasu, był mega klaustrofobiczny. Poszliśmy na spacer po Tromso.

Między mną a Paweł atmosfera zaczęła gęstnieć, czego przyczyną było moje jak ja to nazywam „delikatne niezadowolenie”. Miałam dość kiepski humor z powodu jakości zorzy jaką widzieliśmy. Zgadza się, na zdjęciach wyszła bardzo ładnie, ale mnie nie powaliła, nie oniemiałam, nie zachwyciłam się do utraty tchu. Gołym okiem wyglądała jak mgiełka albo chmura pierzasta. Czyżby dopadł mnie syndrom paryski tylko na innej szerokości geograficznej? Z kolei Paweł uważał, że powinniśmy docenić to co udało nam się zobaczyć, że zorza wychodzi tak pięknie na zdjęciach, a wszyscy piszą o  tym, że w rzeczywistości nie ma tak żywych kolorów, ponieważ ludzkie oko nie jest w stanie tego zarejestrować. Co więcej, to był okropny tydzień dla zorzy i z tego co rozmawialiśmy z ludźmi, to nikomu nie udało się zobaczyć zorzy, a z powodu śnieżycy biura turystyczne odwołują wszystkie wyjazdy. Zatem i tak mieliśmy dużo szczęścia, że o 2 nad ranem nie spaliśmy i chociaż na zdjęciach uchwyciliśmy zorzę. No niby ja to wszystko wiem, ja rozumiem i cieszę się tak jakby… ale ja tak bardzo chciałam oniemieć z zachwytu. Wreszcie przeliczyliśmy jeszcze raz nasze oszczędności. Przed wyjazdem odliczyliśmy pieniądze tylko na jedzenie, ponieważ wszystkie atrakcje mieliśmy opłacone wcześniej. Na szczęście okazało się, że te nasze konserwy wystarczą na cały wyjazd, więc wymienione korony możemy przeznaczyć na zorzę. Jeśli wymienimy tromsoeuro, które wzięliśmy na wszelki wypadek, wystarczy również na wieloryby. Widząc moją minę udręczonego psa, Paweł zgodził się na wykupienie kolejnej wycieczki w poszukiwaniu zorzy. Chodziliśmy po Tromso szukając najlepszej oferty. Wreszcie w pobliżu informacji turystycznej trafiliśmy na agencję Northern Shots Tour. Ich oferta zakładała, że jeśli nie zobaczysz zorzy, albo zobaczysz słabą, wówczas otrzymujesz 50% zniżki na kolejny wyjazd, ponadto gwarantowali, że jeśli pojawi się jakaś szansa na zobaczenia zorzę to jadą nawet 3 godziny pod fińską granicę, po to aby znaleźć kawałek bezchmurnego nieba. Ich minusem w porównaniu do innych ofert była możliwość kupienia zdjęć, podczas gdy inni zdjęcia po prostu dawali. Ale wzbudzili nasze zaufanie właśnie tym, że szczerze poinformowali nas o małym szansach na zorzę. Zapisaliśmy się na wycieczkę, chociaż nie dawali gwarancji, że w ogóle wyjadą w trasę, warunki drogowe miała ocenić firma transportowa i dopiero wówczas będzie podjęta decyzja.  Następnie poszliśmy do informacji turystycznej i dowiedzieliśmy się, że następnego dnia na pewno organizatorzy nie wypływają na wieloryby, że mamy przyjść jutro i zapytać ponownie. Ech… tego dnia spacerowaliśmy z ciężkim sercem, niepewni tego, czy zdołamy jeszcze spełnić nasze marzenia.

Poszliśmy wymienić euro, aby następnego dnia móc wykupić wycieczkę na wieloryby. W Tromso nie ma kantoru, pieniądze wymienia się na poczcie. Nie pamiętamy czy jest na lotnisku. Za wymianę na poczcie doliczają sobie prowizję w wysokości 70 NOK. 

Spacerując, zostaliśmy zaatakowani przez dziewczynę z pączkami. Spojrzeliśmy na nie niepewnie i łakomie, wtedy dziewczyna zapewniła nas, że „for free”, no skoro tak, to przecież nie będziemy odmawiać. Nie wiadomo kiedy taki rarytas znów nam się trafi. Ależ były pyszne. Uwielbiam to miasto! :)

katedra arktyczna

Wieczorem przeszliśmy przez most w stronę Katedry Arktycznej. Jej wygląd został zainspirowany skandynawskim krajobrazem, a dokładnie odzwierciedla kształt wyspy Håja. Wstęp do katedry – 50 NOK, my zrezygnowaliśmy. Ale przez przeszkoloną fasadę było widać całe wnętrze i w zasadzie nie wiemy czemu tak drogo sobie liczą za wstęp. Katedra wygląda bardziej imponująco z zewnątrz. Została zbudowana w 1965 roku i stanowi symbol Tromso. Obfotografowaliśmy katedrę i ruszyliśmy w stronę wzgórza Fjellheisen. Szliśmy długo i chociaż nie mieliśmy mapy, trafiliśmy bez problemu, dzięki drogowskazom. Kolejka na szczyt była zamknięta z powodu wiatru. Nic nie szkodzi i tak nas nie było na to stać, zastanawialiśmy się czy nie wejść na nią następnego dnia, ostatecznie zrezygnowaliśmy. Spod wzgórza rozpościerał się piękny widok na całą wyspę Tromso. Zamarzyło się nam, aby właśnie w tym momencie pojawiła się zorza, nic z tego, za widno, za dużo chmur… czekamy do jutra...

 

Zobacz naszą relację z wyjazdu!

 

Norwegia ciekawostki:

Dworzec Centralny

Rakiety śnieżne jacuzzi:

clarion collection hotel aurora

Zaprzęgi husky 

Camp Tamok, zaprzęgi husky

Pierwsza zorza i huragan:

Sommarøy, zorza polarna

Tańcząca zorza.

zorza polarna, northern lights, aurora borealis

Safari wielorybie:

whale safari, orka

Ostatni dzień. Podsumowanie:

clarion collection hotel aurora

Podziel się z innymi na

5 Comments on “

  1. Piszesz od serca…
    Przedstawiasz swoje przemyślenia – to cenne dla czytelnika!
    Dziękuję Martyno i pozdrawiam Was!

  2. No ale przeciez mialas gratis spotkanie oko w oko, czy nos w nos z reniferami. Ale dobrze rozumie to, o czym piszesz. Tez czasami mnie cos takiego nachodzi i gestnieje nam w zwiazku atmosfera, z mojego subiektywnego poczucia rozczarowania czyms bardzo wzglednym i bardzo ulotnym. Pozdrawiam serdecznie Beata

  3. Jeszcze tak daleko na północ nie byłam! Ale jak czytam o Saamach, to przypomniało mi się, że miałam przeczytać książkę Ilony Wiśniewskiej o tych ludach. Spojrzałam też na inne posty i szczerze zazdroszczę zorzy – to również moje marzenie i mam nadzieję niedługo się spełni 😉 u mnie tym czasem zdjęcia z Bergen, pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *