Wielka kulinarna trójka Belgii oraz nasze odczucia na temat Brukseli 

Bruksela, zwiedzanie

Ostatni już wpis o Brukseli, a w nim opowiemy Wam jak smakuje wielka kulinarna trójka Belgii. Każdy turysta musi spróbować gofrów, frytek i czekolady! No przecież nie będziemy wyjątkami od tej reguły!

Podzielimy się z Wami również naszymi wrażeniami z pobytu, jak oceniamy to miasto, co nas zaskoczyło i co zachwyciło. Zapraszamy :)

Belgijskie gofry

Bruksela, czekolada

Bruksela, frytki z majonezem

Bruksela

Gofry jedliśmy codziennie, ale nie pytajcie mnie ile razy dziennie, bo nie liczyłam, w każdym razie zapach gofrów kusił nas niemalże na każdym kroku i nie ukrywam, że nie stawialiśmy oporu. Belgowie w przeciwieństwie do turystów gofry jadają suche lub z cukrem pudrem, kupione na szybko w malutkich, kolorowych samochodzikach.

Czym różnią się gofry belgijskie od znanych nam w Polsce gofrów? Są mniejsze, ciemniejsze i mają w sobie dużo cukru. Ciasto na gofry belgijskie jest bardzo gęste, nie rozlewa się jak naleśnikowe, tylko jest kładzione łyżką, przez co gotowy gofr jest cięższy i bardziej syty. Już sam w sobie jest pyszny, jednak jak na prawdziwych turystów przystało, poprosimy dodatki… WSZYSTKIE! No dobra, bez szaleństw... z bitą śmietaną, owocami i polewą. Jaką? No jasne, że o smaku speculoos. Po raz pierwszy w naszym życiu zetknęliśmy się z takim smakiem, Agnieszka powiedziała nam, że w Belgii są to bardzo popularne ciasteczka. W związku z tym możemy dostać mnóstwo rzeczy o smaku speculoos, np. lody, polewy. Nam speculoos kojarzył się delikatnie z piernikiem, przyprawami korzennymi i cynamonem. Po powrocie postanowiłam sprawdzić, o co chodzi i jest to naprawdę fascynująca historia ciasteczek, posłuchajcie…

W XVII w. Holandia rozpoczęła sprowadzanie ogromnych ilości przypraw korzennych z Indii, dzięki czemu stały się one powszechnie dostępne. Wówczas cukiernicy zaczęli tworzyć nowe rodzaje ciast, trzymając proporcje przypraw w sekrecie. Tak narodziło się ciasto speculaas, z którego formowano ludzkie postacie. Holenderscy emigranci rozpowszechnili ciasteczka korzenne w innych krajach, również w Belgii, która w owym czasie była biedniejsza i musiała dać sobie jakoś radę bez drogich przypraw korzennych. Dlatego zastąpione je cynamonem cejlońskim i karmelem. Belgijskie ciasteczko Hasseltse speculaas różni się od wersji holenderskiej, jest bardziej miękkie, grubsze i ma mniej korzenny smak.  Samych ciasteczek jeszcze nie jedliśmy, ale ten smak pozostał w naszej pamięci i jeśli gdzieś w Polsce zobaczycie ciasteczko speculaas lub speculoos, koniecznie dajcie znać!

Pozostańmy jeszcze w słodkim klimacie. Belgia, czyli stolica czekolady z 300-letnią tradycją, to miejsce, gdzie produkuje się 220 tys. ton czekolady rocznie! A wszystko ma swój początek w czasach kolonialnych, kiedy to Kongo było kolonią Belgii. W 1885 r. król Leopold II nielegalnie przywłaszczył pola kakaowca, zapewniając w ten sposób masową dostawę ziaren, przez co dotychczas przeznaczona jedynie dla bogaczy czekolada, stała się powszechnie dostępna, a Belgia czekoladową potęgą. Mamy rok 1912 i na rynku pojawiają się charakterystyczne pralinki, czyli czekoladki z delikatnym nadzieniem, autorstwa Jeana Neuhausa. Fabryka Neuhaus istnieje do dziś i jest jednym z naszych ulubionych miejsc. Jak już wiecie z wcześniejszego wpisu, obok fabryki jest sklep, w którym można za darmo częstować się czekoladkami i kupić je po niższej, hurtowej cenie.

Frytki to trzeci element z wielkiej kulinarnej trójki. Belgowie uważają się za wynalazców frytek. Są one grube, sprzedawane w rożkach, a do wyboru mamy kilkadziesiąt rodzajów sosów. W Brukseli po raz pierwszy spróbowałam frytek z majonezem, wydawało mi się to, co najmniej dziwne, takie mdłe. Ale jak się okazało smakowały naprawdę dobrze. Dla mnie były nawet smaczniejsze niż z keczupem.

Także po tych trzech dniach w Brukseli wszyscy marzyliśmy o sałatce i gotowanych warzywach.

Ale przecież nie samym jedzeniem człowiek żyje w podróży, chociaż nie ukrywam to istotny aspekt :) Jakby tu podsumować naszą krótką wizytę w Brukseli? Hm… Chyba, żadne miasto nie zaskoczyło nas jeszcze tak jak właśnie Bruksela. Dotychczas przygotowując się do podróży, czytając blogi i przewodniki, mniej więcej wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Ale w przypadku Brukseli zaskoczenie było ogromne. Wiedzieliśmy, że jest dużo imigrantów, i że Dzielnica Europejska jednym wydaje się nudna, innym surowa i odpychająca. Relacje były bardzo różne, ale na nasze wyobrażenia wpłynęły najmocniej blogi osób, które były krótko po zamachach. Wówczas Bruksela była wyludniona, zaniedbana, pełna żołnierzy, po prostu smutna. Dlatego zupełnie nie spodziewaliśmy się pięknych alej, usianych wspaniałymi kamienicami, maleńkich uliczek wokół Grand Place ani niewielkich parków mnożących się w każdej wolnej przestrzeni miasta. Pierwszy wieczór, właściwie noc, były dla nas niemalże traumą. Wszędzie ogromne sterty śmieci, wałęsające się grupy imigrantów, przypominały nam się historie o napadach i o tym, że poziom tzw. drobnej przestępczości jest tu wysoki, brrr… A rano, jakby inny świat. Wszędzie czysto, ulice sprzątnięte, słońce pięknie świeci, więc mieszkańcy przesiadują na placach, trawnikach i w kawiarniach, w dzień również zniknęli ci, którzy przerażali nas nocą, a pojawili się zwykli ludzie, chociaż z różnych kultur, robili t samo, odprowadzali swoje dzieci do szkoły, szli do pracy lub korzystali ze słonecznego dnia.

Imigranci mają tutaj swoje dzielnice, afrykański świat jaki zobaczyliśmy na ulicy Wavre podbił nasze serca, te kolory, zapachy, ubrania. Architektonicznie Bruksela to miasto europejskie, mniej lub bardziej podobne do innych miast. Wydaje się jakby w to miasto zostali wrzuceni ludzie z różnych zakątków Ziemi, tworząc swój mikroświat. Bruksela to mozaika, kolorowy zlepek różnych kultur, który w dzień budził nasz zachwyt, a nocą kazał omijać ciemne zaułki. Ale przecież w Polsce również nie chodzimy wieczorową porą po podejrzanych zakątkach. Niestety na Brukselę cień rzuciły zamachy terrorystyczne, co odstrasza wiele osób, a szkoda, bo Bruksela naprawdę ma wiele do zaoferowania.

Ten wyjazd był wyjątkowy również z powodu naszego towarzystwa. Dzięki Michałowi nasza podróż nabrała zupełnie nowego charakteru. Misiek został ogłoszony królem selfie, zrobił ich ok. 500, co było powodem do nieustannej radości, tym bardziej, że zachwycony Brukselą fotografował dosłownie wszystko! My też tak robiliśmy na początku naszych podróży. Nawet nie wiemy, kiedy przestaliśmy fotografować bramki w metrze, bilety i wnętrza samolotów. Misiek nam przypomniał jak to jest być zafascynowanym nowym krajem tak na maksa. A myśleliśmy, że wciąż zachwycamy się tak samo. Jednak nie do końca, ale to się zmieni... Dzięki Misiek :)  Selfie, które możecie zobaczyć tu na stronie i na FB są właśnie jego autorstwa. Bardzo nam się one podobają, więc sobie je użyczyliśmy :) 

Bruksela

I jeszcze osoba, bez której w ogóle by nie doszło do tego wyjazdu - Agnieszka, to ona stała się naszą inspiracją i zachętą. Zaprosiła nas i pomogła zorganizować tani nocleg, a przede wszystkim udowodniła, że w Brukseli naprawdę da się normalnie żyć. Agnieszka prowadzi bloga – Mus Mozołu, na którym opisuje Brukselę, swoje górskie wędrówki oraz wiele innych miejsc, ponieważ jej uzależnienie od podróży i przymus mozołu jest w bardzo zaawansowanym stadium :) Aga, bardzo dziękujemy za Twój czas i za tę podróż. Do następnego zobaczenia :)

Przeczytaj także:

Podziel się z innymi na

8 Comments on “

  1. Byłam w Brukseli półtora roku temu i wrażenia miałam całkiem podobne :) Jeśli natomiast chodzi o wrażenia kulinarne, to zupełnie się nie popisałam. Gofrów w końcu nie spróbowałam, a frytki smażone były na tłuszczu wołowym, więc też nie mogłam (jestem wege). Czekolada uratowała mi życie! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *